W końcu nadszedł ten dzień. Przygotowywania do uroczystości, którą były moje nieszczęsne osiemnaste urodziny oficjalnie zostały zakończone. Począwszy od ustalenia z rodzicami daty, listy gości, przygotowanie odręcznie zaproszeń, a potem wysłanie ich. Lekcje tańca, ponieważ kochana córka Tisalie Penington nie może zrobić choćby najdrobniejszego błędu. W końcu ludzie patrzą, a nasza rodzina słynie z bycia idealnym wzorem do naśladowania. Rygorystyczna dieta, aby nie przytyć do szytej na miarę sukni. Pięknej, bogatej. I choć mi osobiście bardzo przypadła do gustu - a jakże by inaczej, skoro szyta była w najlepszym sklepie krawieckim - to wciąż piła mnie w ciasno ściśniętej od gorsetu talii. Kolorem przypominała głębiny oceanu, które jaśniały od wcięcia ku górze, a także na samym końcu przy kostkach, pozwalając, aby zaraz po zakończeniu jedwabistego materiału główny kadr skradały bialutkie szpilki, które swoją drogą również były niewygodne. Jak to mawiała matka - "Aby być piękną, trzeba cierpieć".
Dlaczego właściwie tak narzekam? Czemu uważam, że osiemnaste urodziny, które powinny sprawiać największa radość, u mnie wzbudzają odwrotne uczucia? Bowiem wszystko od początku wskazywało na ich niepowodzenie. Nie lubiłam hucznych balów, a ten właśnie taki był. Nie lubiłam tłumów, obcych ludzi, a połowy z nich nigdy nie widziałam na oczy, choć składali mi życzenia jakbym co najmniej raz w tygodniu była u nich na herbatce. Jednak to nie to było najgorsze. Uśmiechanie się, dziękowanie za życzenia, to wszystko nic. Bogato wystrojona sala, stoły pękające od ilości jedzenia, baronowie i inni już z wypiekami od wypitego alkoholu... to nadal nie był główny powód mojego beznadziejnego humoru. Problemem był fakt, że to właśnie osiemnaste urodziny i niedługo miałam zostać wywieziona do swojego przyrzeczonego. Widziałam go tylko raz na oczy, gdy miałam osiem lat. Garius miał wtedy długie włosy związane w kucyka, delikatne piegi na polikach i prawie tak jasne włosy, jak coroczny śnieg. Nie dość, że miał to być ślub z politycznych rozrachunków, to jeszcze drań nie przyjechał na tak ważną dla dziewczyny wkraczającą w dorosłość uroczystość.
Stąd właśnie mój podły humor. Zamiast cieszyć się, korzystać z ostatnich chwil wolności w domowym gnieździe, to siedziałam na tyłku w głównej sali, na jednym z czterech krzeseł umieszczonych na podium, gdzie zwykle siadali rodzice podczas audiencji i przyjmowałam gratulacje. Nic, kompletnie nic co mówiła mi Frea nie zrobiłam. A naprawdę się starałam!
- Ceanno, uśmiechnij się i wyprostuj plecy - z tego podłego nastroju nagle wytrąciła mnie matka. Spojrzałam na nią, westchnęłam ciężko i zrobiłam co należy, bo w końcu jestem dobrą córką. No, prawie.
- Jak mam się szczerzyć do tych ludzi, skoro zabroniłaś mi zjeść głupiego ptysia! - fuknęłam, na co siostra siedząca między mną, a rodzicielka zachichotała pod nosem.
- Ceanno! Słownictwo! - matka wręcz spąsowiała.
- Spokojnie moje drogie. Zaraz coś na to zaradzimy - ojciec z nieschodzącym, entuzjastycznym uśmiechem klasnął w dłonie, aby zawołać Espis'a. Najbardziej zaufanego lokaja, który jak się później okazało, pochodził z łona nadnaturalnej. Tylko dzięki temu, że nie posiadł po niej żadnych zdolności, pozwolono mu zostać w tych murach.
Wyszeptał mu coś na ucho. Dość konspiracyjnie, a potem ojciec zerknął na mnie z tym swoim specyficznym uśmieszkiem. Goście nadal tańcowali na środku sali, na wytyczonym do tego miejscu. Mniejsza część siedziała przy stołach, pałaszując jedzenie, którego mi za bardzo nie wolno było, bo suknia zaraz pękłaby w szwach. Niektórzy, garstka mężczyzn podpierała zimne mury, zerkając na innych gości i plotkując na ich temat.
- Szczęścia solenizantce - niespodziewanie podszedł do nas Ristan, kłaniając się nisko. Odpowiedziałam mu wymuszonym uśmiechem, a potem skinieniem głowy pozwoliłam wstać.
- Ristan! W końcu dojechałeś! - moja siostra w euforii zerwała się z krzesła, a potem wpadła w ramiona swojego narzeczonego. Ten z łatwością okręcił ją wokół własnej osi, a potem postawił spokojnie na ziemi.
- Mieliśmy małe problemy na trasie, ale już jestem. Zatańczysz ze mną, Bemalio? - ujął jej dłoń, składając na niej delikatny pocałunek.
- Tak! Tak, po stokroć tak! - podskakując w miejscu, pozwoliła zaciągnąć się na parkiet, a ja... cóż, wzdychając głęboko mogłam tylko oglądać jak kręcą piruety. Do czasu, bo ta sielanka trwała piętnaście minut nim mój ojciec znów zwrócił na siebie moją uwagę.
- Moja droga córo, oto twój prezent ode mnie. Jako kochający ojciec, wiem jak bardzo cenisz sobie dobry dowcip, a ostatnimi czasy trudno dostrzec na twej pięknej twarzy uśmiech. Dlatego też zatrudniłem dla ciebie najsłynniejszego błazna. A oto Sylven. Niech udowodni, że słyszane plotki nie są wyssane z palca - Dierthurl przedstawił mężczyznę w błaźni stroju, który powoli zaczął się do nas zbliżać, a ja z całkowitą głową w chmurach patrzyłam ślepo przed siebie, zastanawiając, czy jak ucieknę do kuchni służby, to znajdę tam jeszcze jakieś słodkości.